Czarny piątek zabarwiony tęczą. O mocy rozmowy.

Szłam ulicami Warszawy, trzymając za górny brzeg banner „Strajk kobiet”. Przede mną – i kilkunastoma innymi niosącymi – policjanci, radiowozy, nasza straż i prowadząca marsz Marta

Pacyfka i Dominik

Lempart. Za mną – 50 tysięcy ludzi. Ludzi, którzy w trzy dni zorganizowali się by tak licznie zaprotestować przeciwko zmuszaniu ludzi do niepotrzebnego cierpienia, w imię woli Prezesa i Episkopatu, aby “było ochrzczone”.

Po mojej lewej jedna z dziewczyn również trzymających banner ma krótkie włosy i tęczowy szalik. Patrzy miłośnie na tę obok niej, a ona odwzajemnia uśmiech.

Kolorystycznie dominuje czerń i czerwień: flagi strajku kobiet, czerwone łapki z napisem „stop zaostrzeniu…”. Ale jest też sporo tęczowych flag. Także ta mała chorągiewka, którą trzymam w zaciśniętej pięści, gdy wznosimy je w górę, krzycząc: „Moje ciało moja sprawa, a nie posła Jarosława”.

Spod Sejmu idziemy pod siedzibę PiS. Rzeka ludzi płynie arteriami Warszawy. Są nerwy, gdy policja spisuje dwie demonstrantki za odpalenie rac. “Gdzie byliście w listopadzie!?!” skanduje tłum. Gdzie byliście, kiedy naziści, krzycząc “Polska czysta Polska biała, bez Araba bez pedała” odpalali setki rac? Czy którykolwiek został spisany – czy to za użycie środków pirotechnicznych, czy za mowę nienawiści albo propagowanie rasizmu? Cały pięćdziesięciotysięczny pochód czeka aż Elwira i Angelika zostaną wypuszczone. W końcu wracają do nas. Angelika jest w dziewiątym miesiącu ciąży.

Po dotarciu marszu do Nowogrodzkiej spotykam dwóch cudnych chłopaków. Jeden w długim płaszczu i mundurowej czapce z gwiazdą, drugi w desie i szaliku z orłem (na tle tęczy). Mają napis „Homo patrol w obronie kobiet”.

To tak piękne. Ciąża, niechciana czy patologiczna, nigdy nie trafi się żadnemu z nich. Nie będzie dotyczyć ich nawet pośrednio, bo nie zrobią takiej nikomu. Ale są tutaj. Bo nikt nie jest wolny, dopóki wszyscy nie są wolni.

Nazajutrz pod kolumną zygmunta Kampania Przeciw Homofobii robi kolejną edycję swej akcji „Popieram związki”. Spotykam tam Dominika, którego możecie znać z tego filmu.

Kiedy z nim rozmawiam, podchodzi koleś, koło trzydziestki. „Czy moglibyście mi wytłumaczyć, co to jest homofobia. Dlaczego narzucacie ludziom swoje poglądy robiąc parady. Ja jestem kibicem Legii i nie wychodzę z tym na ulice.” Mimo treści tych słów, koleś nie był agresywny. Mówił cicho,

spokojnie, zadawał kolejne pytania, wszystkie z katalogu prawicowo-kościelnych stereotypów i zarzutów przeciwko gejom i lesbijkom, ale słuchał odpowiedzi i nawet jakoś za mocno nie zaprzeczał, co więcej widać temat go od dawna frapuje, bo znał dużo różnych historii z tego zakresu – od oferty i „dokonań” ośrodka „terapii konwersyjnej” do miejskich legend o kelnerze geju, który zaraził jakimś wirusem stu gości knajpy.

Na koniec chyba zrozumiał, że to co robimy nie jest żadnym „propagowaniem”, bo nie chcemy

heteryków zmieniać w gejów, ale homofobów w tolerancyjnych ludzi. Gadałam z nim dobre półtorej godziny. Powiedział, teraz rozumie znacznie więcej; mimo że ma kolegów gejów i próbował ich o te rzeczy pytać, to nikt z nim jeszcze nie rozmawiał tak otwarcie i szczegółowo. Pożegnał się i poszedł, a ja rzuciłam się na herbatę z termosu, bo zrobiło się zimno. Jeśli udało mi się uratować jedną duszę przed homofobią, to jest wielki sukces, a może jego zainteresowanie tematem ma drugie dno, spod którego zacznie teraz wychodzić po to, by odnaleźć siebie.

 


Dennis Kruk

Dennis Kruk